„Najważniejsze znajduje się między okładkami”- wywiad z Verą Eikon

26 października 2018

37781027_1784765694935767_8494619384982011904_oPRZEMEK:

Nie pamiętam, kiedy ostatni raz przeprowadzałem wywiad, ale wiem, że ten jest zdecydowanie inny od pozostałych ;) nie dość, że obszerniejszy, to w dodatku po przeczytaniu tekstu traficie na… vlog, będący zapisem faktycznej rozmowy, jaką miałem przyjemność przeprowadzić z Verą Eikon, autorką serii kryminalnej „Między prawami”. Zapraszam do lektury!

Nie wiem, czy nie zaczniemy “z grubej rury”, ale jest pytanie, nad którym zapewne głowi się część czytelników. Wiemy, że Vera Eikon to Twój pseudonim literacki. Jak dobrze rozumiem, powstał w celu “odcięcia” swojej kryminalnej twórczości od tej spokojniejszej, wydanej pod własnym nazwiskiem? Dlaczego akurat Vera Eikon? Czy znaczenie tego pseudonimu jest dla Ciebie istotne? Przecież równie dobrze mogłaś dobrać sobie dowolne obco brzmiące imię i nazwisko lub “uzachodnić” własne?

Już parokrotnie odpowiadałam na to pytanie od strony technicznej. Rzeczywiście kilka lat temu popełniłam kilka powieści obyczajowych – całkiem odmiennych od kryminałów – więc zwyczajnie chciałam te dwie sfery jakoś odkreślić. Ale to nie wszystko. Serię kryminałów “Między prawami” potraktowałam jako swoisty projekt, w którym Vera Eikon staje się patronką. Jest to odniesienie do świętej Weroniki. Jest to święta, która pomaga człowiekowi zedrzeć wszystkie fałszywe maski, jakie zakładamy każdego dnia. Żeby być lepszym przed kolegami w pracy, albo kreować się jakoś w mediach. Koniec końców, w dniu sądu ostatecznego, staniesz przed Bogiem obdarty z tych wszystkich kłamstw. W swoich książkach, ja sama poszukuję prawdy o człowieku.
Od strony prywatnej, Weronika również jest dla mnie ważna. Moja babcia miała tak na imię, jest to również moje imię bierzmowane. Imię Weronika przez cały czas za mną chodzi i przylgnęło do mnie nie tylko w kontekście książek i też codziennego życia.
Nie wiem, czy to skończy się wraz z serią, czy jednak zostanę przy tym pseudonimie. Jest jednak zapadający w pamięć.

Ugruntował się! Chociaż minęło już trochę czasu od premiery pierwszej części serii, zatytułowanej “Polowanie na Wilka”, którą wydałaś – podobnie zresztą, jak kolejne – we własnym wydawnictwie. Dlaczego?

Opublikowanie książki jako darmowego e-booka, nie było koncepcją od samego początku. Jednak szybko uświadomiłam sobie, że jest tak wiele innych książek na rynku i tylu sprawdzonych autorów, że nie mam szans by z nimi konkurować. Opublikowanie darmowej książki było jak wyciągnięcie ręki do ludzi, takie “dzień dobry” bez zobowiązań, żeby mieli możliwość zapoznać się z tą historią. Ta albo się im spodoba, albo nie. Zostaną ze mną na dłużej, albo nie.
Dlaczego chciałam zająć się publikacją sama? Wcześniej współpracowałam z wydawnictwem i ten tryb nie pokrywał wszystkich moich ambicji. Kontakty z wydawnictwem szły dobrze, ale współpraca – z mojego punktu widzenia – kiepsko. Nie tak to sobie wyobrażałam. Myślę że wielu autorów też się na tym złapało. Dostali pozytywną odpowiedź od wydawcy: “Wydamy twoją książkę”, ale po jakimś czasie okazuje się, że to jednak nie jest bajka, nie spełniło się marzenie. Rzeczywistość wygląda trochę inaczej.
Nie masz wpływu na to, co się dzieje z twoją książką, bo nie jesteś jej właścicielem, tylko wydawca. On decyduje do jakich sklepów trafiają egzemplarze. Później okazuje się, że leżały gdzieś w magazynach, wracają zniszczone i nie nadają się do dalszej sprzedaży. Ja miałam sytuację, że zmieniono okładkę e-booka bez żadnej konsultacji ze mną.
Lubię zajmować się sama publikowaniem i marketingiem. Mam bezpośredni kontakt z czytelnikami, każdą książkę biorę do ręki, podpisuję, wysyłam, a później mogę dowiedzieć się, czy dotarła i w jakim stanie.
Minus jest taki, że moje działanie jest na małą skalę. Większej mogłabym nie ogarnąć jako jednoosobowe wydawnictwo. I tak się czasami dzieje. Przykładem może być Sandra Borowiecka, która otrzymuje bardzo dużo zamówień na swoje książki i zwyczajnie często nie nadąża z wysyłkami. Taki popyt odbija się rykoszetem i wali nas prosto w głowę, bo klienci są niezadowoleni, że nie dostają książek w terminie.

Tak naprawdę, to ogarniasz kilka etatów. Jesteś pisarzem, paniami od księgowości, wysyłek…

No tak, ale u każdego niezależnego autora to wygląda inaczej. Na przykład, ja mogę zająć się składem swoich książek. Ktoś inny nie będzie miał takich umiejętności i zleci to specjaliście. Także nie ma stałego zestawu umiejętności, jakie musi posiadać self-publisher. Może jedynie pisać, a resztą zajmie się witryna internetowa współpracująca z takimi autorami.

23334098_1507413086004364_6392016956952558155_oSkupmy się nieco na głównym bohaterze Twoich powieści. Nie ukrywasz, że komisarz Alan Berg jest katolikiem, co ma wpływ na podejmowane przez niego decyzje. Daleko mu jednak do takich postaci jak Ojciec Brown, Don Matteo czy Ojciec Mateusz. Żonaty, “dzieciaty”, z charakterem… Celowo?

Mój bohater jest typowy i nietypowy zarazem. Wspomniałeś księdza Browna Chestertona. To jest bardzo specyficzna postać i wyjątkowy klimat książek. Uświadomiłam to sobie ostatnio, czytając jego opowiadania kryminalne. Widać ogromny dysonans między tym, jak kiedyś wyglądały kryminały, a jakie oferowane są nam teraz. To samo dzieje się w kinematografii. Kiedyś przerażające były “Ptaki” Hitchcocka, teraz musi być “Piła 10”, gdzie non stop leje się krew i brutalizm jest w każdej scenie.
W książkach Chestertona, znajdziemy wszystko, co potrzebuje mieć kryminał. Jest dobrze skonstruowana intryga, przestępstwo, detektyw, ale… nie ma trupa, nie ma brutalności. Rzuca się w oczy także duża literackość, poetyczność w języku. Czytając dialogi, mamy wrażenie, że są nieco sztuczne – tak się nie mówi. Ale takie zabiegi są potrzebne, żeby pokazać rzeczy tkwiące głębiej. Ludzką psychologię, mechanizmy rządzące światem i człowiekiem.
Teraz przez cały czas słyszę od czytelników o różnych książkach w kontekście ich realizmu. Jest duża presja, żeby fikcja literacka była w jaki sposób odwzorowaniem rzeczywistości, ale czy to jest funkcja powieści? Żeby odwzorować rzeczywistość? Może do tego powinna służyć raczej literatura faktu?

Wiesz, ja wychodzę z założenia, że sięgając po fikcję literacką, sięgam – z definicji – po… fikcję. No nie?

Niby tak, ale… Zobacz, co robi w swoich książkach Katarzyna Bonda. Autorka musi upewnić się, z jakiego tworzywa wykonany jest guzik przy mundurze policjanta zanim napisze o tym w książce. Dla mnie jest to zbyt obsesyjny research. Zygmunt Miłoszewski opowiadał kiedyś w wywiadzie, że napisał do niego czytelnik, który mieszkał w miejscowości, w której działa się akcja jego powieści i powiedział w tym mailu, że nieprawdopodobna jest opisywana przez autora scena, bo ulica, o której pisał jest jednokierunkowa!
Myślę, że zmieniły się czasy i czytelnik nieco się pogubił. A autorzy starają się dostarczyć, to, czego się od nich wymaga. Ale zastanówmy się, do czego może to nas zaprowadzić…

A jak wyglądają Twoje powieści?

Staram się, żeby były pośrodku. Między fikcją i rzeczywistością. Dbam o prawdopodobieństwo, co wydać chyba przede wszystkim w dialogach. Ale nie pozwalam, żeby tymi opowieściami rządziła rzeczywistość. Czasami dobrze jest ją naginać, żeby lepiej pokazać pewne rzeczy, które lepiej służą całej historii. Pewna poetyckość jest czasami wskazana. Czytelnicy są rozmaici i różni są autorzy. U jednych będzie sucha akcja, u innych chwile zwolnienia z momentami refleksji. Staram się zaspokoić obie te potrzeby.

Okej, zatem… ile Ciebie jest w Alanie Bergu? Jesteś po ślubie, masz dzieci, jesteś katoliczką – tyle podobieństw już znalazłem. Co przegapiłem?

32416547_1688482171230787_8211951124622606336_oLubi strzelać. Tak samo jak ja! :) Jako mała dziewczynka biegałam po domu z plastikową oznaką i pistoletem, ale na tym się skończyło. Moja mama jest tak troskliwą osobą, że nie pozwoliła, aby myśl o służbie zakiełkowała w mojej głowie.
Wiem, że żaden bohater literacki nie bierze się znikąd. Tak się dzieje u każdego autora. Nawet jeśli jako mężczyzna piszesz o bohaterce, którą wzorujesz na kimś, kogo znasz, to jej postać kształtuje się dzięki twojej indywidualnej percepcji. Więc każdy bohater jest w jakimś stopniu częścią nas.
Ja widzę bohatera literackiego jak rzeźbę. Rzeźba jest zawsze ukrywa w klocu drewna. Artysta odsłania ją poprzez usuwanie tego, co niepotrzebne. Bohater również musi zostać odkryty poprzez stawianie go w rozmaitych sytuacjach i badanie jego reakcji na nie. Podczas pisania postać nabiera osobowości i trochę sama za siebie decyduje. Pewnie sam tego doświadczyłeś, że przy kolejnym czytaniu swojej pracy musiałeś zmienić reakcję bohatera, bo jasnym było, że on w życiu by się tak czy siak nie zachował!

We wrześniu premierę miał trzeci tom serii, zatytułowany “Prochem i cieniem”. Podczas, gdy czytelnicy zasiadają właśnie do jego lektury lub się do tego przymierzają, ja mam zupełnie inne pytanie: co porabia autorka? Przymierza się już do czwartego tomu?

Pracuję już nad czwartym tomem. Ale staram się dzielić dzień na pracę twórczą i na to suche prowadzenie biznesu, wystawienie faktur, wysyłanie paczek z książkami i marketing, który jest najtrudniejszym elementem. Po pewnym czasie kończą ci się pomysły, co jeszcze można zrobić, by dostać więcej zamówień. Zdarzają się dni, w których wydaje się, że już niewiele pozostało, pozostaje jedynie usiąść i płakać. ;)
Czytelnicy bardzo często piszą do mnie z pytaniem, kiedy następna część. Moja pierwsza myśl jest taka, że nie jestem jakąś fabryką tekstu Remigiusza Mroza! Potrzebuję więcej czasu, żeby historia dojrzała. Może powinnam się zawstydzić, wiedząc, jak pracują inni. Zasiadają do pisania od godziny do godziny. Piszą tyle a tyle znaków. Ja tak nie potrafię. Gdybym dostała zamówienie na książkę z wydawnictwa, opatrzone terminem, to prawdopodobnie napisałabym coś bardzo złego. Nie umiem pracować pod presją. Potrzebuję mieć poczucie luzu i świadomość, że czekają na mnie tylko czytelnicy. Moje własne tempo pracy przynosi dobre owoce, efekty są widoczne, a wszystkie wątki dopracowane.

A skąd czerpiesz pomysły na tytuły swoich książek? Ciekawi mnie także, dlaczego cały cykl nazwałaś tajemniczym zwrotem “Między prawami”? Bo raczej nie chodzi o kierunki – prawo i lewo, czyli “to drugie prawo” ;)

Zrzut ekranu 2018-10-15 o 20.56.58Na początku zawsze mam tytuł roboczy, a właściwy musi dojrzeć. Przychodzi do mnie w trakcie pisania, albo już na samym końcu. Nie pamiętam momentu, w którym postanowiłam, że to będzie seria, która potrzebuje jednego głównego tytułu i podtytułów. “Między prawami” wzięło się w każdym razie z walki dobra ze złem i z chęci pokazania człowieka takiego, jakim jest bez swoich masek. Stawiam bohaterów w różnych sytuacjach, w przestrzeniach między różnymi prawami (prawem karnym, prawem ulicy, moralnym, kościelnym etc.), a jest ich tam troszkę. Wiadomo – świat nie jest czarno-biały, mamy wiele odcieni szarości, ale w ostatecznym rozrachunku mam wrażenie, że wszystko, co nas otacza jest efektem ścierania się ze sobą dwóch sił: dobra i zła, które starają się mieć swoje na wierzchu i walczyć może nawet o ludzką duszę.

Każdy autor posiada swoich beta-czytelników. Domyślam się, że jednym z nich zapewne jest Twój mąż. Mam rację? Jak bardzo ingeruje w tekst bądź też jak bardzo mu na takową ingerencję pozwalasz? ;)

Oczywiście, że mam swoich beta-czytelników i to świetnych! Pierwszym jest mój mąż. Ty dajesz żonie swoje surowe teksty?

Daję!

Więc wiesz, jakie to szczęście mieć blisko osobę, której ufasz pod względem wyczucia literackiego i gustu. Mój mąż ma świetne wyczucie historii. Jest w stanie wyłapać, że w mojej opowieści coś poszło w gorszym kierunku i że można to poprowadzić inaczej, by lepiej służyło historii. Drugim czytelnikiem jest moja mama, która wyłapuje to, co mężowi umyka, na przykład powtórzenia, błędy stylistyczne, literówki. Ostatnim “betą” jest mój przyjaciel, który wyłapuje błędy logiczne. Jako autorka mam w głowie pełny obraz całej opisywanej sytuacji, pewne rzeczy wydają mi się oczywiste, ale dla czytelnika takimi nie są. Zdarza mi się przepuścić bohatera przez zamknięte drzwi, lub podejrzeć go przez okno w łazience, w której nie ma okna… Także każdy z moich beta-czytelników jest dobry w innej dziedzinie. Wydaje mi się więc, że trafiła mi się całkiem udana drużyna.

Na sam koniec nie mogę się powstrzymać przed zamknięciem tego wywiadu swoistą klamrą. Czy chodzi Ci czasem po głowie wydanie kolejnej powieści obyczajowej jako Katarzyna Woźniak?

Czemu nie! Sądzę, że to, pod jakim nazwiskiem publikuje się książki jest sprawą drugorzędną. Najważniejsze znajduje się między okładkami!

Related posts:

"Kiedyś wszystko było wolniejsze, nawet kryminały" - wywiad z Joanną Opiat-Bojarską
"O wiele łatwiej jest kogoś przestraszyć czy wzruszyć niż rozbawić" - wywiad z Alkiem Rogo...
"Marzę o serii kryminalnej z szaloną prokurator w roli głównej" - wywiad