„Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji” – Charlotte Cho

30 marca 2016

sekrety-urody-koreanek-elementarz-pielegnacji-b-iext31628298BASIA:

Recenzja wyzwanie

Hmm, ta recenzja to dla mnie naprawdę wielkie wyzwanie. Na początku zaznaczę tylko, że nie mam kompleksów, jeśli chodzi o swój wygląd, akceptuję siebie i swój wizerunek, męża już mam, nie szukałam więc w niej porad, jak zabłysnąć w towarzystwie, jak podbić serce rycerza i tym podobnych.

Szukałam wskazówek, jak pomóc i dobrze się czuć w swojej skórze – trochę się jednak zawiodłam. Napisanie recenzji jednak było trudne, bo są w książce treści, pod którymi podpisuję się wszystkim kończynami i inne, które budzą mój wewnętrzny sprzeciw. Najpierw więc chciałam iść na łatwiznę i pozachwycać się nad książką, szybko skończyć ochy i achy i mieć spokój. Potem doszłam do mniej zachwycających mnie fragmentów i w odruchu emocji miałam ochotę zjechać książkę z góry na dół. Ani jedna, ani druga droga nie jest dobra ani uczciwa, a tata uczył mnie, że jak już coś robię, to ma być zrobione porządnie, za „byle jak” to lepiej się w ogóle nie zabierać. Tak więc wybaczcie za moją mocno sugestywną i trochę przydługawą opinię. Nie każę się jednak nikomu ze mną zgadzać, nie odpowiadam za skutki zgodzenia się ze mną, polecam zaczerpnięcia opinii także innych osób :)

W książce

Autorka książki jest z pochodzenia Koreanką – dokładnie z Seulu, jednak wychowaną w Stanach Zjednoczonych. Bardzo mi się podobało, jak Charlotte opowiadała o sobie, o swojej historii – to nadaje książce dużo ciepła, wydaje się być dzięki temu bliższa czytelnikowi. Opowiedziała dużo o sobie i swoim powrocie do korzeni i zmianie swojego kalifornijskiego podejścia do życia.

Nie ma co ukrywać: Koreanki uznawane są za ładne, mają taką jakby porcelanową cerę, zawdzięczają to jednak nie tylko genom, ale też częstotliwej dbałości o skórę. Tak twierdzi autorka, która choć była Koreanką, swojej cerze (wcześniej w Kalifornii) miała wiele do zarzucenia. Po przyjeździe do miasta pochodzenia (którym zdziwiła całą rodzinę), mogła na własne oczy zobaczyć, często usłyszeć, a nawet poczuć, jak w praktyce na co dzień wygląda stosunek jej rodaków, w tym także mężczyzn do bardzo licznych rytuałów pielęgnacyjnych. Poranne i wieczorne podwójne mycie, maseczka w płachcie, oczyszczanie, nawilżanie, peeling, ampułki, tonik, esencja… Tyle tego, że można się pogubić, ale autorka stara się krok po kroku wytłumaczyć, co, kiedy i po co, powtarzając jednak, że każdy jest inny, więc wszystkie rady trzeba przetestować i dopasować do siebie. Powtarza też inne treści w różnych miejscach, dając wrażenie déjà vu, że gdzieś to już czytałam (okazuje się, że kilkadziesiąt stron wcześniej). Podaje w nich jednak wiele cennych wskazówek, np. zwraca uwagę na rodzaj skóry i tłumaczy, czym się każda charakteryzuje.

Ogromny plus należy się autorce za obalenie mitów związanych z komercyjnymi pustosłowiami, takimi jak „hiperalergiczny”, „kosmeneutyk” czy „polecany przez dermatologów”. Nie do końca zgadzam się jednak z twierdzeniami dotyczącymi naturalnych kosmetyków, a także z ilością potrzebnych nam kosmetyków do wszystkiego i na wszystko oraz przeciw wszystkiemu „tak zapobiegawczo”. Bliski mi jest także krytyczny stosunek do solariów, które autorka wprost nazywa trumnami. Choć zamierzam książkę posłać dalej w świat, zeskanowanowałam sobie jednak wartościowe treści na później, w tym kilka tabelek, m.in. ze składnikami pielęgnacyjnymi, w których autorka wyjaśnia, jak działa poszczególna substancja, co może znacznie ułatwić zakupy czy przegląd naszej kosmetyczki. Sporo miejsca poświęca także ochronie przed słońcem, którego upragnione promienie mogą być dla nas wrogami.

Tyle superlatywów więc o co mi chodzi? Co mam do zarzucenia?

Nie podoba mi się, że jako podstawę w dbaniu o cerę Charlotte Cho stawia na kosmetyki, bo od zakupów po przeczytaniu jej książki powinniśmy podobno zacząć rewolucję (choć – co uważam za plus – twierdzi, że wcale niekoniecznie wybierać te najdroższe). Niepowodzenie stosowania koreańskich metod usprawiedliwia źle dobranymi kosmetykami. Owszem, zgodzę się: mamy różne typy skóry, podobał mi się jej opis różnic pomiędzy nimi i że powinniśmy zwracać uwagę na skład i przeznaczenie produktów kosmetycznych, jednak czynników wpływających na skórę jest tak wiele, że nawet najlepiej dobrane kosmetyki mogą nie rozwiązać problemów. Poza tym moim zdaniem w książce brak odniesień do badań potwierdzających jej tezy. „Program 10 kroków” ma fajną nazwę, ale kryją się pod nią rzeczy które większość z nas wie. Autorka nie mówi tak naprawdę nic odkrywczego – rady typu „trzeba zmywać makijaż przed położeniem się spać”, jak dla mnie – osoby naprawdę mało malującej się – są oczywiste. Przyznawanie się, a nawet kilkukrotne przypomnienie, że autorce niejednokrotnie zdarzało się o tym zapominać i potem miała spuchniętą twarz, albo coś na niej wyrastało, wydaje się być takie moim zdaniem mało profesjonalne.

Ciągłe przypominanie o kilkukrotnym w ciągu dnia stosowaniu kremów z filtrem, bez względu na porę roku i miejsce przebywania, jak dla mnie wydaje się także być lekkim fanatyzmem, choć muszę przyznać, że zmieniło to mocno moje podejście do opalenizmy i tym razem inaczej przygotuję się do lata. Autorka dużo mówi o tym, żeby makijaż był jak najbardziej naturalny, dlatego było dla mnie ciężkim szokiem przeczytanie fragmentu, że koreańskie matki przed rozwiązaniem pogrubiają sobie rzęsy, aby po porodzie nie wyglądać na zmęczoną… Inny fragment, który wprawił mnie w osłupienie dotyczył alkoholu: najpierw dowiadujemy się dużo oczywistych oczywistości, takich jak ta, że picie wody, zdrowe odżywianie i zaprzestanie palenia papierosów mają wpływ na wygląd naszej skóry, wcześniej autorka napisała, że powinniśmy się smarować kremami z filtrami co parę godzin, a następnie pisze o tym, jak fatalnie wpływa na cerę picie alkoholu, podsumowując to jednak zdaniem: „Nie proszę cię, byś ograniczyła spożycie alkoholu, bo to może być za wiele”…

Podsumowując…

….nie uważam, że czas spędzony na lekturze tej książki to czas stracony. Znalazłam w niej coś dla siebie, jednak niewiele nowości, potwierdziły się niektóre tezy, co ugruntowało moją wiedzę, uzupełniając ją o medyczne szczegóły, wytłumaczenia, dodatkowe argumenty. Poleciłabym ją najbardziej nastolatkom – szczególnie tym, które za wszelką cenę chcą dodawać sobie lat, a które już za niedługo będą starały się w ten sam sposób je odjąć. Promienna cera, którą autorka zachwala na okładce, według niej jest w zasięgu ręki – według mnie i tak, i nie, bo choć to dobry, chwytliwy tekst i książka naprawdę może pomóc wielu w poprawieniu kondycji swojej skóry, to – jak już wspomniałam – nie wszystko się da dobrymi radami i nawet najlepiej dobranymi kosmetykami osiągnąć. Gdyby się jednak okazało, że kobiety po przeczytaniu tej książki zaczną naprawdę pielęgnować skórę, zamiast nakładać i zmywać kolejne warstwy makijażu – to warto, to naprawdę warto tę książkę czytać :)

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
gorąco dziękuję Wydawnictwu Znak LiteraNova.

Autor książki: Charlotte Cho
Tytuł książki: Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji
Tytuł oryginalny: The Little Book of Skin Care. Korean Beauty Secrets for Healthy, Glowing Skin
Język oryginalny: angielski
Tłumacz: Joanna Dziubińska
Liczba stron: 224
Kategoria: Hobby
Gatunek: Uroda i zdrowie
Forma: Poradnik
Rok pierwszego wydania: 2015
Rok pierwszego polskiego wydania: 2016

Related posts:

"Klub Matek Swatek" - Ewa Stec
"To ty jesteś Bobbym Fischerem" - Christer Mjåset
"Lion. Droga do domu" - Saroo Brierley

One Comment

  • Agnieszka 3 kwietnia 2016 at 19:39

    A ja ostatnio jakoś czytam coraz więcej tego typu książek i też nie po to, by wyjść po ich lekturze na czerwony dywan, ale z ciekawości. Czasem znajdę coś inspirującego i to mi wystarczy :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>