„Praca tłumacza literatury nie ogranicza się do przełożenia tego, co znajduje się między okładkami” – wywiad z Anną i Miłoszem Urban

13 września 2016

O tym, że czytamy książki dzięki pisarzom – nie trzeba nikomu przypominać. Warto jednak pamiętać także o tych, dzięki którym możemy światowe bestsellery czytać w naszym rodzimym języku. O pracę tłumaczy postanowiłem spytać Annę i Miłosza Urbanów, których translatorskie zdolności przywiodły do nas m.in. powieści Nele Neuhaus :)

aaa

1) Czy tłumaczyć książki w dwie osoby jest łatwiej? Próbuję to sobie wyobrazić i jakoś – zupełnie przypadkiem – na myśl przychodzą mi typowe, małżeńskie przekomarzanki, czyja racja jest świętsza i dlaczego (bo tak!) ;)

Do wspólnego tłumaczenia książek chyba zdążyliśmy już przywyknąć – nasz wspólny debiut liczy tyle lat, co nasze małżeństwo, lubimy o nim mówić jako o naszym pierwszym dziecku. Na ostatnim roku studiów lingwistyki stosowanej na poznańskim UAM-ie powołaliśmy do życia Króla złodziei Cornelii Funke i poruszyliśmy niebo i ziemię, by wydawnictwo Egmont powierzyło ten tekst parze studentów. I chyba wtedy było najtrudniej znaleźć kompromis – każde z nas walczyło o „swoje” sformułowania, przekonywało drugą stronę do „jedynej słusznej interpretacji”. Po trzynastu latach w zawodzie nauczyliśmy się rozmawiać w sposób w miarę ucywilizowany :).
Próbowaliśmy już chyba wszystkich możliwości podziału pracy nad tekstem. We dwoje tkwiliśmy przed ekranem komputera i przedzieraliśmy się przez tekst zdanie po zdaniu (co oczywiście trwało w nieskończoność, bo dyskusje trwały w najlepsze), próbowaliśmy metody łańcuszka, naprzemiennego tłumaczenia rozdział po rozdziale (co z kolej dwukrotnie wydłużyło cały proces), zależnie od innych obowiązków dzieliliśmy tekst na pół albo np. 1/3 vs. 2/3. To, czego nauczyliśmy się przez lata, to to, że niezależnie od podziału zadań tylko jedno z nas powinno sczytać cały tekst, by od początku do końca zapewnić jedność stylu i stosowanych terminów, nazw, zwrotów, które się powtarzają. Przed przystąpieniem do pracy wspólnie też ustalamy tzw. strategię globalną, czyli decyzje dotyczące tekstu jako całości. I tu czasem musimy dłużej podyskutować :). Na przykład w przyszłym roku nakładem wydawnictwa Media Rodzina ukaże się kryminał Ursuli Poznanski, który zasadza się na grze terenowej zwanej Geocachingiem. Musieliśmy ustalić, jak będziemy zapisywać terminy stosowane w tej grze – oficjalnie i potocznie – nazwy skrytek, notki, typy logów. Wcale nie było to oczywiste i tu toczyliśmy boje :).
Wspólnie rozwiązujemy gry językowe, ustalamy brzmienie ew. przypisów, szukamy źródeł nawiązań, które udało nam się wypatrzeć, zastanawiamy się, czy załączyć posłowie do książki, wspólnie zgryzamy najtwardsze translatorskie orzechy – jeśli jedno z nas nie może znaleźć odpowiednika jakiegoś słowa, głowimy się nad tym oboje!
Nauczyliśmy się szanować pracę drugiej osoby. Kiedy mamy problem natury translatorycznej, nie przerywamy sobie nawzajem pracy, do której potrzeba przede wszystkim skupienia; zamiast tego, nawet będąc w tym samym pomieszczeniu, piszemy do siebie przez Facebook, Skype czy WhatsApp – kiedy druga połówka będzie miała przerwę, odbierze i odpowie. To się sprawdza.

2) Seria książek Nele Neuhaus wydawana była w Polsce do tej pory w sposób niechronologiczny – dopiero od niedawna możemy cieszyć się pierwszym tomem przygód jej kryminalnego zespołu. Czy taka nietypowa kolejność utrudniała pracę tłumaczy? Zwłaszcza że – z tego, co już wiem po lekturze – niektóre wątki poboczne (dla przykładu dotyczące życia prywatnego Pii lub Olivera) ciągną się przez kolejne tomy?

Rzeczywiście, polski wydawca, Media Rodzina, sugerując się radą Autorki i wydawcy niemieckiego, postawił na najmocniejszy akcent serii i rozpoczął od (jak określiła to w swojej recenzji Mozaika Literacka) petardy, tj. od Śnieżka musi umrzeć, tomu numer cztery. Do tej pory stopnie w policji i awanse na różne stanowiska doprowadzają nas na skraj rozpaczy. Pojawiło się też kilka nawiązań do poprzednich tomów i skrótów myślowych, postanowiliśmy więc nawiązać kontakt z Nele Neuhaus, zwłaszcza że wydawnictwo Media Rodzina w październiku 2013 roku zaprosiło ją do Polski. W maju 2016 3telnik miał okazję poznać autorkę podczas jej drugiej wizyty w Polsce, mógł się więc Pan przekonać, jak sympatyczna i pozytywna to osoba. Bardzo się zaprzyjaźniliśmy w ciągu tych trzech lat. To jedyna autorka, z którą mamy kontakt telefoniczny, mejlowy i facebookowy.

bbb

3) Jak wygląda praca tłumacza od podszewki? Siadacie Państwo i po prostu słowo w słowo tłumaczycie powieść z języka niemieckiego, a potem dokonujecie wstępnej redakcji, by polska wersja brzmiała przyjemnie dla ucha, a nie „sztywno”, słownikowo? Ile czasu zajmuje przetłumaczenie książki?

Trzeba wiedzieć, że praca tłumacza literatury nie ogranicza się do przełożenia tego, co znajduje się między okładkami. Tłumacz to także agent literatury, przedstawiciel autora czy autorki w swoim kraju. Bardzo często się zdarza, że to nas wychodzi tzw. inicjatywa wydawnicza – tłumacze wyszukują powieści ich zdaniem warte zaprezentowania polskim czytelnikom, przedstawiają odpowiedniemu profilem wydawnictwu, reklamują pisarzy, tłumaczą obcojęzyczne recenzje. Kiedy już otrzymają zlecenie na przekład danej książki, tłumaczą ją w całości – powieść, teksty z okładki, przedmowę, posłowie, czasem chcą zabrać głos i formułują „słowo od tłumacza”. Następnie przystępują do zredagowania własnego tekstu, najlepiej dając mu się „odleżeć”. Wtedy właśnie czytamy książkę już w oderwaniu od tekstu oryginalnego. Chcemy, by zdania brzmiały naturalnie, by przy zachowaniu śladów obcości czytelnik mógł cieszyć się płynnością tekstu. By trafić we właściwy ton, we właściwą kolokację, stworzyć lekką grę słowną. Po odesłaniu tekstu do wydawcy tłumacze czekają na sugestie ze strony redakcji. My mamy szczęście do wspaniałej współpracy na tym polu – doceniamy pracę redaktorów i redaktorek, słuchamy, uczymy się, by stawać się coraz lepszymi, coraz bardziej uważnymi, by pracować z szacunkiem dla autora i dla języka ojczystego.
W jednym z ostatnich etapów tłumacze dokonują tzw. korekty autorskiej; zapoznają się z sugestiami redakcji, akceptują to, co uznają za zasadne, nad innymi rzeczami dyskutują. Ale nawet wraz z wydaniem książki praca tłumacza się nie kończy. Zdarza się, że tłumacze uczestniczą w targach książki, panelach dyskusyjnych, w spotkaniach z czytelnikami, jeśli autor czy autorka zostaną zaproszeni do kraju, tłumaczą spotkania, wywiady dla gazet, radia. Sami także przeprowadzają wywiady.
Praca nad każdym z kryminałów Nele Neuhaus, których recenzje pojawiły się na blogu 3telnika, trwała około pół roku, z czego sam proces tłumaczenia to ok. trzy i pół miesiąca. To literatura popularna, poza tym dobrze się czujemy w górach Taunus, znamy już styl autorki. Każdy nowy autor oznacza wydłużenie tej pracy, bo każdy pisze inaczej.

4) Jak w ogóle wygląda „typowy dzień z życia tłumaczy”? Więcej czasu spędza się w siedzibie redakcji, czy pracując w domowym zaciszu? Zakopani w słownikach, czy raczej sięga się po nie w razie wyraźnej potrzeby?

Tłumacze, który mają to szczęście, że mogą prowadzić własną działalność i sami są sobie szefem, sterem, okrętem…, mają możliwość dowolnego zarządzania swoim czasem. Niektórzy wstają skoro świt, inni dopiero w południe, harują za to do późnych godzin nocnych. Kiedy brakuje sił albo weny można pobiegać, pójść na pływalnię, uprzątnąć garaż, pójść do kina, tyle że przychodzi moment, kiedy trzeba nadgonić, przysiąść, bo termin, bo plan wydawniczy, bo kolejne zlecenia…
Miłosz ma własną działalność, w pełni poświęca się tłumaczeniu. Jest rannym ptaszkiem, na nogach już od 5.30, dzień zaczyna od biegania, pracuje do 17. Jeśli termin goni, po obiedzie znów siada do tłumaczenia. Zwykle tłumaczy sam, część prac wykonuje we współtłumaczeniu z żoną.
Anna jest doktorem n. hum., pracuje w Instytucie Lingwistyki Stosowanej UAM, uczy przekładu przyszłych adeptów tej sztuki, obecnie wykonuje tylko współtłumaczenia z mężem, nie starcza jej czasu na samodzielne tłumaczenia, habilitacja się sama, niestety, nie napisze :)
A słowniki (i inne źródła) – przede wszystkim elektroniczne. Jeśli to nie wystarcza, wtedy ruszamy na szeroko zakrojone poszukiwania – ekwiwalentów, cytatów. Żadne źródła się nie wykluczają, raczej się uzupełniają.

ccc

5) Seria o Pii Kirchhoff i Oliverze von Bodensteinie, wydana przez Media Rodzina, to nie jedyne książki, które Państwo przetłumaczyliście. Po jakie jeszcze tytuły możemy sięgnąć, by dostrzec w nich Państwa nazwisko?

Zaczynaliśmy od książek dla dzieci, wspólnie tłumaczyliśmy (z języka angielskiego i niemieckiego) Cornelię Funke (np. Król złodziei, Smoczy jeździec, seria Dzikie Kury), serię Thomasa Breziny (Żadnych chłopaków! Wstęp tylko dla czarownic i jego pojedyncze powieści), sporo poradników, książki dla młodzieży Kevina Brooksa (Martyn Pig, Lucas, Candy). Miłosz przełożył serię kryminałów Andreasa Franza, thriller Veita Etzolda (Cięcie), ale też powieść historyczną Iny Knobloch Perfumiarz i fantasy Hohlbeina Thor. Ma też na koncie powieści erotyczne Kathryn Taylor (seria Barwy miłości). Przy tym tempie pracy Miłosz ma szanse za dwa lata świętować setkę przekładów, na liście Anny obecnie figuruje skromne pięćdziesiąt :).
Z nowości, nad którymi pracujemy ramię w ramię (czy raczej biurko w biurko), w pierwszej połowie 2017 roku będziemy mogli zaproponować dwa fantastyczne kryminały austriackiej autorki Ursuli Poznanski (znanej młodszym czytelnikom z powieści Erebos w przekładzie Anny Urban), a jesienią 2017 dwa mocne thrillery Kathrin Lange z baaaardzo oryginalnym policjantem muzułmaninem. No i, jak już Pan zapowiedział na blogu, w maju w naszym tłumaczeniu ukaże się ósmy kryminał Nele Neuhaus pt. W lesie. Wszystkie książki ukażą się nakładem poznańskiego wydawnictwa Media Rodzina.

6) Serdecznie dziękuję za poświęcony mi czas, życzę przyjemności w tłumaczeniu kolejnych tytułów na nasz ojczysty język.

To my dziękujemy za odwiedzenie naszego translatorskiego warsztatu i życzymy wielu czytelniczych wyzwań, pozytywnych zaskoczeń i dużo czasu na czytanie!

Related posts:

Pisarz, który uwielbia zmieniać tematykę - wywiad z Remigiuszem Mrozem
Pisarka, która skradła widok z nieba - wywiad z Clarą Sánchez
"Kilka zbiegów okoliczności" - wywiad z Michałem Larkiem

One Comment

  • xpil 13 września 2016 at 11:50

    Tłumaczenie beletrystyki to ogromna odpowiedzialność. Zresztą takie stwierdzenie pada w treści wywiadu: tłumacz to „przedstawiciel” danego autora w danym kraju. Kiepskie tłumaczenie przełoży się bezpośrednio na wyniki sprzedaży oraz szeroko pojęty odbiór dzieła w danym kraju.

    Moim zdaniem największym, niedoścignionym dziełem przekładu jest angielskie tłumaczenie lemowej „Cyberiady” w osobie Michela Kandela, który nie dość, że najwyraźniej zrozumiał o co tam chodzi, to jeszcze był w stanie przetłumaczyć „Apentułę niewdzioska” i „Chrzęskrzyboczka pacionkociewiczarokrzysztofonicznego” na język Yeats-a w taki sposób, że dupę urywa. Czapki z głów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>